czwartek, 17 października 2013

Zombike


Sezon na zombie wkrótce się rozpocznie. Jeszcze chwila i żywe trupy zaczną chodzić po ulicach. Jednak nie wszyscy smakosze ludzkiej krwi to wielbiciele pieszych wędrówek. W swoim świecie Mr Zombie to ''porządny'' i zmotoryzowany obywatel. Jego środek lokomocji to Zombike.

Zombike powstał na potrzeby MF Vehicle Madness Contest i musi wygrać :-)
Do głosowania zapraszam tutaj.

Zombike - pojazd ''porządnego'' Zombie



sobota, 12 października 2013

Historia Belle Tout


Dokładnie 179 lat i jeden dzień temu na południowym wybrzeżu Anglii powstała budowla, która zakończyła serię dramatycznych wydarzeń na tym odcinku kanału La Manche.
Dla Belle Tout to prawie 2 wieki historii pisanej przez jedwab, tytoń, drewniane czołgi, Jamesa Bonda i walczącą z upływem czasu rodzinę, która jeszcze 14 lat temu mieszkała w domu, stojącym w miejscu, w którym dzisiaj nie ma już lądu.

W XVII i XVIII wieku ludzie zaczęli wykorzystywać na dużą skalę kanał La Manche jako drogę, przez którą transportowali spore ilości ładunku między europejskimi miastami, a resztą świata.
W historii okres ten zapisał się głównie przez wiele dramatycznych wydarzeń w okolicy Beachy Head, których przyczyną były często złe warunki pogodowe, a skutkiem wiele zniszczonych statków, wielu straconych marynarzy i utrata często cennych ładunków.

Pierwsze wzmianki o potrzebie wybudowania latarni morskiej w tym regionie pojawiły się około 1691 roku. Przez ponad sto lat petycje o wybudowaniu latarni były ignorowane, do czasu kolejnej katastrofy.
3 lutego 1822 roku w wyniku fatalnej pogody o skały rozbił się The Thames, duży statek należący do firmy East Indiaman, przewożący cenny ładunek jedwabiu, tytoniu i herbaty. W wyniku katastrofy życie straciło 5 marynarzy, a wrak statku strzeżono przez miesiąc, do czasu, kiedy mógł być odholowany i uziemiony w Eastbourne. Katastrofa The Thames w dużej mierze przyczyniła się do wybudowania pierwszej latarni morskiej na tym niebezpiecznym odcinku wybrzeża.
Belle Tout - tak nazwano pierwszą, drewnianą, tymczasową konstrukcję, której światło zabłysło 1 października 1828 roku. Szybko przekonano się, że latarnia spełnia swoją rolę i w 1832 roku podjęto decyzję o wybudowaniu solidniejszej konstrukcji. Drewno zastąpiono granitem i lokalnym wapieniem, z którego zbudowany jest klif.
Nowa latarnia morska rozpoczęła pracę 11 października 1834 roku - 45 lat przed wynalezieniem przez Edisona żarówki. Mimo braku tego przydatnego wynalazku, bez którego trudno się dzisiaj obejść, zamontowano w latarni 30 olejowych lamp o całkiem przyzwoitym jak na tamte czasy zasięgu 22 mil.

14 lat temu latarnię przesunięto 17 metrów w głąb lądu
THE EDGE OF THE CLIFF

Pomimo starannie dobranej lokalizacji latarni morskiej jej światło było zasłonięte przez krawędź urwiska jeśli marynarze podpływali zbyt blisko brzegu. Przez lata nasilająca się erozja klifu zmniejszała efektywność pracy latarni. W 1902 roku podjęto decyzję o wycofaniu jej z użycia, a zadanie ochrony marynarzy i ich statków przejęła nowa latarnia morska wybudowana u podstawy klifu.
Silna erozja klifu nie była jedynym powodem, przez który Belle Tout przestała funkcjonować. Kolejnym były mgły na szczycie klifu, mocno ograniczające zasięg światła latarni.
W 1903 roku Trinity House (urząd sprawujący pieczę nad latarniami morskimi w Anglii, Walii i niektórymi brytyjskimi wodami terytorialnymi) sprzedał bezużyteczny budynek. Przez wiele lat budynek zmieniał właścicieli. 
W 1923 roku kupił go chirurg Sir James Purves-Stewart, który zbudował drogę dojazdową do latarni i zmodernizował budynek.
W czasie II wojny światowej budynek został opuszczony i mocno zniszczony przez kanadyjskie wojsko praktykujące strzelanie do drewnianych atrap czołgów.
W 1948 roku Sir James sprzedał budynek lokalnym władzom, które dostrzegły znaczenie historyczne budowli, podejmując decyzję o jego modernizacji.
W 1986 roku latarnię morską kupiła BBC. Stacja użyła budynku jako planu do kilku filmów m.in. ''The Life and Loves of a She-Devil'' i kolejnej części Jamesa Bonda - ''The Living Daylights'' z Timothy Dalton (1987)
10 lat później budynek kupił Mark i Louise Roberts przekształcając go w dom rodzinny. Państwo Roberts wybrali wyjątkowe miejsce na zamieszkanie, miejsce na krawędzi klifu, kruszone upływem czasu. Szybko musieli podjąć decyzję czy warto ratować dom?

Mark Roberts powiedział:

"Kupiliśmy go, ponieważ moja żona zakochała się w nim. Musieliśmy dokonać prawdziwego zaangażowania, bo Belle Tout nie miała dużo czasu, ale cena była tego warta."

Louise powiedziała:
"To jest fantastyczne miejsce do życia, to jest jak bycie w środku pustkowia i chociaż mamy prąd, nie mamy telewizji."

Czas upływał a życie w latarni morskiej państwa Roberts było z dnia na dzień coraz bardziej ryzykowne.
Stojąca przez 165 lat na skraju upaści Belle Tout uratowała wiele istnień ludzkich, sprawiła, że żeglowanie w niesprzyjających warunkach przez kanał La Manche było bezpieczniejsze. W zamian za to latarnia morska otrzymała szansę ''drugiego życia''.
Ryzykowana operacja ratowania latarni morskiej polegała na podniesieniu ważącego 850 ton budynku i przeniesieniu go dalej od czoła klifu. Całą procedurę zaplanowano praktycznie na ostatnią chwilę i niewiele brakowało by nigdy do niej nie doszło.
W czasie jednej z jesiennych nocy śpiącą rodzinę zerwał z łóżka potężny huk. Nikt nie spodziewał się, że spory kawał skały runie do morza właśnie teraz, zmniejszając ten skromny już kawałek lądu z 25 stóp na 10 stóp dzielących ogród od krawędzi klifu.

Tą koszmarną noc Louise podsumowała tak:
''To był ogromny huk, jak grzmot, złapaliśmy tylko dziecko i psa, wskoczyliśmy do jeepa i zjechaliśmy w dół zbocza.''

 Był to wystarczający powód by pracę nad ratowaniem latarni morskiej znacznie przyśpieszyć. Cały budynek został przeniesiony za pomocą hydraulicznych podnośników w 1999 roku.
Z punktu widzenia ''ryzyka'' operacja była o tyle interesująca, że była to pierwsza próba takiego projektu firmy, która podjęła się zadania przetransportowania budynku. Rzadki proces przeniesienia budynku w całości, w tak niebezpiecznym miejscu przyciągnął sporo gapiów i kilka ekip telewizyjnych m.in. z Japonii.
Trwająca dwa dni operacja transportowania Belle Tout w nowe miejsce zakończyła się pomyślnie. Budynek postawiono w  całości 17 metrów od krawędzi klifu. 

Erozja klifu jest nieunikniona. Średnio rocznie  w okolicy Beachy Head opada do morza 60cm lądu i jeśli proces ten będzie następował w przyszłości w podobnym tempie, Belle Tout znajdzie się ponownie na krawędzi klifu około 2025 roku. Na taką ewentualność latarnia morska została przygotowana podczas ostatniej przeprowadzki, dlatego transport budynku w przyszłości będzie mógł się odbyć znacznie prościej i szybciej. Chyba, że natura upomni się o swój dług za ocalałych marynarzy i któregoś dnia zabierze do morza potężny kawał skały wraz z walczącą o przetrwanie Belle Tout.

W 2007 roku państwo Roberts postanowili sprzedać swój dom za £850.000. W tym samym roku powstała organizacja ''Belle Toute Lighthouse Preservation Trust'', której zadaniem było pozyskanie środków na zakup latarni, by na nowo ją otworzyć, ale tym razem jako atrakcję turystyczną i pensjonat.
Rok później latarnia morska została zakupiona przez David i Barbara Shaw, którzy zainwestowali w renowację budynku £700.000. Po dwóch latach prac w 2010 roku Belle Tout została otwarta jako luksusowy pensjonat funkcjonujący do dzisiaj. Zainteresowani mogą spędzić swój czas w jednym z 6 pokoi różniących się stylem, a ceny za noc wahają się od £145 do £220 za pokój ze śniadaniem.


Dzisiaj w latarni znajduje się pensjonat
BELLE TOUT LIGHTHOUSE

Choć środki na utrzymanie latarni są niezbędne to według mnie ten historyczny budynek został pochłonięty przez wszechobecną komercję. Być może nie są to dobre słowa reklamy dla Belle Tout, ale kanciaste pokoje i ten ''wszechobecny luksus'' w postaci wygód uszczęśliwiających pobyt w latarni kiepsko oddają charakter budowli. Są jednak tacy, którym wystarcza fakt, że spali w latarni morskiej z LCD na ścianie i to dzięki nim Belle Tout może się utrzymać w czasach, w których żyjemy.

Dzisiaj licząca sobie 179 lat Belle Tout oficjalnie nie ratuje już ludzi, to dla niektórych żeglarzy cały czas pozostaje znakiem rozpoznawczym w tym pięknym, nostalgicznym i jednocześnie smutnym miejscu.
Ta historyczna pamiątka po dawnych czasach stoi w miejscu, w którym kończy się klif a ludzie na własne życzenie kończą ze swoim życiem. Dla nich ostatnie światło ratunku zgasło zanim jeszcze wybrali się w ''Ostatnią Podróż na Beachy Head''.



If you like the above post, click the button below and buy me a coffee



piątek, 4 października 2013

Nieproszeni goście :-)


Parę miesięcy temu miałem pod moją folią rój mrówek, które pozakładały sobie gniazda w doniczkach po to, żeby poskładać w nich tysiące jaj. Były i są cały czas wszystko zżerające ślimaki. Jednak nigdy stworzonka nie niszczyły mi roślin na masową skalę. 
Kilka dni temu zauważyłem jednak, że niektóre liście moich roślin są częściowo pozżerane, a styl w jakim liść został obżarty wskazywał na to, że pod folię zawitał nowy gość.

To dosłownie garstka liści i biorąc pod uwagę fakt, że to już koniec sezonu nie jest to też bardzo poważny problem. Osobiście wolę tego pilnować, żeby ''szkodniki'' nie pojawiły się w następnym sezonie.

To co mnie najbardziej zaskoczyło u tej gąsienicy (niestety nazwy gatunku jeszcze nie znalazłem, jeśli ktoś wie proszę o pomoc) to tempo zżerania liścia - to prawdziwa maszyna pożerająca w trybie ekspresowym, do tego sprawia wrażenie nienażartej :-). Na pochwałę zasługuje też jej waleczność i ostre ''pazury'' - słychać nawet jak drapie nimi po liściu!

Tempo pożerania liścia jest niesamowite

Zamknięte pod folią roślinki to potencjalne pożywienie także dla różnego rodzaju smakoszy. Często roślinki są tam lepszej jakości niż te rosnące na zewnątrz, a to oznacza, że są też lepszymi smakołykami dla różnego rodzaju zwierzątek.
Z jednej strony zamknięta folia zapewnia dobre warunki rozwoju dla roślin, z drugiej strony zapewnia także spokój gościom, którzy znajdą się w jej wnętrzu. Folia jest też pułapką dla latających owadów, które wlatują tam przez otwarte drzwi czy okna. Nie mogą się z niej wydostać, opadają na ziemię i jako padlina są pożerane przez pozostałe owady w niej żyjące jako jedyna dieta lub jej uzupełnienie. 

Problem szkodników żyjących pod folią może przerosnąć wszystkie rośliny tam żyjące i nas samych. Może to boleć, bo nakład pracy jaki włożyliśmy w tą zabawę i kosztów jest niekiedy nie mały.

Tak jak i jej ''pazury''

Jak zaznaczyłem na początku moje roślinki przetrwały sezon, ale zdarzały się sytuacje, które dawały trochę do myślenia.
Wszystko zaczęło się parę miesięcy temu od mrówek. Wpadłem tylko do folii, żeby podlać rośliny, a przy okazji w oczy wpadło mi tysiące mrówek spacerujących po doniczkach. Pierwsze skojarzenie - skąd one się tam wzięły, wczoraj ich tu nie było? Po prostu sobie przyszły, jak armia wojowników, która zdobyła nowe miejsce i się w nim zagnieździła. Najgorsze było to, że same gniazda były w doniczkach, w których rosły rośliny i tu pojawił się problem, bo przecież nie każdy preparat można tam wlać albo wsypać. Szybkie szperanie w sieci i oto mamy, mnóstwo opinii i porad, mniej lub bardziej skutecznych.
Najbardziej skuteczna metoda to po prostu przeniesienie całego gniazda razem z królowymi, u mnie musiałbym pozbyć się wszystkich roślin, więc to odpadało. Poza tanim proszkiem na mrówki, postawiłem na uprzykrzanie im życia, ryjąc w ziemi patykiem, wzbudzając niepokój i gotowość do walki :-), spanikowane wynosiły jaja w inne miejsce. Nie wiem jak bardzo i czy w ogóle ta metoda była skuteczna, ale po pewnym czasie mrówek było mniej, po wylęgnięciu się nowych osobników zaczęły znikać. Same rośliny nie wyglądały też jakby ucierpiały przez mrówki.

Z mrówkami problem może być jeszcze większy, kiedy pod folię zawitają żarłoczne mszyce. Oba gatunki żyją w symbiozie. Mrówki dbają, opiekują się i chronią mniejszych kolegów otrzymując w zamian od mszyc słodką wydzielinę będącą produktem ich przemiany materii zwaną spadzią. W skrócie hodują mszyce dla własnych potrzeb w zamian zapewniając im ochronę.

W mojej folii pojawiają się też wszystkożerne ślimaki. Wszystkie napotkane wywalam na zewnątrz, nawet te ledwo zauważalne, po to, żeby jakimś trafem nie urosły do rozmiarów zdolnych do rozmnażania się, bo wtedy problem może się powiększyć.

Najlepszy i najbardziej efektywny sposób ochrony roślin to dokładna obserwacja wszystkiego pod folią i szybka reakcja kiedy pojawi się problem. Nawet jeśli obżartych jest kilka liści to roślinie to nie zaszkodzi, a reagując odpowiednio szybko, proces możemy zatrzymać.


If you like the above post, click the button below and buy me a coffee




niedziela, 29 września 2013

Ogórki, ogórki, ogórki... :-)


Myślałem, że w październiku jest już dawno po ogórkach? 

Już dobrych kilka tygodni temu miałem się pozbyć tych marnie wyglądających krzaków, ale po chwili zastanowienia stwierdziłem, że w sumie, w ogóle mi one nie przeszkadzają. Było tam jeszcze sporo malutkich ogórków więc roślinki zostawiłem przy życiu. Na fotce efekt dzisiejszych zbiorów. 
Same roślinki wyglądają kiepsko, ale wciąż produkują owoce, zobaczymy jak długo ;-)

Ogórków miało już nie być ;-)


niedziela, 22 września 2013

Marconi Purple - Zaprawianie


Kolejną moją odmianę chili postanowiłem zaprawić. Marconi Purple to słodka odmiana chili pochodząca z Włoch.

Marconi występuje w kilku kolorystycznych odmianach

Mi osobiście surowa papryka nie przypadła do gustu, dlatego postanowiłem poddać ją małej obróbce.
Korzystając z dobrego i sprawdzonego przepisu od znajomej zabrałem się więc do roboty :-). Przepis jest bardzo prosty i bazuje na kilku znanych i w miarę łatwo dostępnych składnikach.

Potrzebujemy:
- ziele angielskie
- czosnek
- gorczyca
- liść laurowy

Na litr wody dodajemy 3/4 szklanki octu 10%, pół szklanki cukru i 1,5 łyżki soli. Wywar gotujemy i zalewamy warzywa.

Niecierpliwy Marconi nie może doczekać się cięcia :-)

Ja swoją paprykę przed zalaniem wrzuciłem jeszcze na patelnię. Po kilkunastu minutach smażenia na oliwie papryczka zarumieniła się i zmiękła. Jej smak zdecydowanie się poprawił. 
Po tym krótkim zabiegu zalewamy słoiki wywarem, zakręcamy, wkładamy do większego garnka wypełnionego wodą i pasteryzujemy przez kilka minut od chwili zagotowania wody. Przed włożeniem słoików do wody dobrze jest je zabezpieczyć np. małą ściereczką / ręcznikiem by w trakcie gotowania nie stukały o siebie i o ścianki garnka. Można w ten sposób uniknąć niespodziewanego pęknięcia. Po kilku / kilkunastu dniach wszystkie składniki powinny się dobrze ze sobą wymieszać.

Do pociętej papryki dodajemy odrobinę oliwy

Kilkanaście minut na ogniu zdecydowanie zmienia smak naszej papryki

Tak się złożyło, że po kilku tygodniach zdążyłem już otworzyć kilka słoików i muszę przyznać, że to był strzał w dziesiątkę z tą odmianą. Papryka nabrała smaku pozostałych składników, dzięki oliwie jest delikatnie tłusta. Świetnie nadaje się na kanapki ;-)




poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bulgarian Carrot


Rozpocząłem właśnie zbiór moich papryczek chili. Na początek Bulgarian Carrot.

Nazwa tej papryczki świetnie pasuje do tej odmiany. Pomarańczowe owoce przypominają marchewki wiszące na krzaku. To bardzo ostra papryczka, zawierająca w sobie około 100.000-325.000 Scoville heat units (SHU). Dla porównania popularna Jalapeno zawiera w sobie około 2.500-10.000 SHU.
Roślinę mogę polecić także każdemu kto nie przepada za ostrym smakiem. Ta średniej wielkości odmiana - 40cm - świetnie prezentuje się także jako roślina ozdobna.

Bulgarian Carrot określana jest również jako ''Shipkas''

Jak wskazuje nazwa odmiana pochodzi z Bułgarii.
Dla mnie - przeciętnego zjadacza chili - odmiana jest bardzo ostra. Kilku moich znajomych jest podobnego zdania ;-). Papryczka ma ostry, wyrazisty zapach, jest chrupiąca i podobno świetnie nadaje się do pieczenia, marynat i sals.

Ostre ''marchewki'' ;-)

Moją roślinkę posadziłem z nasionka pod koniec stycznia i muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ilością dojrzałych owoców. Jeszcze się nie mogę zdecydować czy owoce zostawić na suszki czy może zamarynować?

Dojrzałe owoce osiągają długość około 8-10 centymetrów


Pod linkiem film o dwóch takich, co testowali Bulgarian Carrot

Hot Bulgarian Carrot - Chili Review

If you like the above post, click the button below and buy me a coffee



niedziela, 25 sierpnia 2013

Tablica zakazów


W trakcie urlopu na Rodos przez kilka dni mieliśmy wypożyczoną słabiutką micrę, która świetnie dawała sobie radę na stromych i krętych podjazdach. Możliwość wypożyczenia auta z naszego hotelu była wielkim plusem - tanio, bezproblemowo z minimum formalności.

Zdarzało się, że do niektórych miejsc dojeżdżaliśmy autobusem. Bilety są tanie, a sieć komunikacyjna jest dobrze rozwinięta. Kierowcy są bardzo w porządku i często na brak biletu u turystów ;-) machają ręką zapraszając do środka. 
Jazda autobusem po wyspie jest śmieszna, bo zawsze dzieje się coś śmiesznego, jak nie jakaś awantura to jakiś problem na drodze, którego nie rozwiąże wciskanie klaksonu co kilka sekund :-).
Mi najbardziej spodobała się tablica zakazów powieszona w autobusie, a najbardziej kanar, bydło i skuter śnieżny :-)

Niestety nie ma tu miejsca na skuter śnieżny ;-)


czwartek, 22 sierpnia 2013

Ostatnia podróż na Beachy Head


Jak bardzo trzeba być zdesperowanym i odważnym by popełnić samobójstwo wiedzą tylko...sami samobójcy.

Beachy Head Chaplaincy Team to zespół specjalnej grupy ratowników patrolujący klif w poszukiwaniu niedoszłych samobójców. Bardzo ciekawa jest statystyka efektywności pracy ratowników. Na przykład w czerwcu 2013 ratownikom udało się uratować 39 zdesperowanych ludzi. Niestety w tym samym miesiącu zespół odnalazł również 4 ciała.
W lipcu 2013 ratownicy uratowali 32 osoby, a odnaleźli 5 ciał. 
Te kilka liczb udowadnia, że jest to bardzo ładny wynik jeśli chodzi o skuteczność pracy ratowników i jednocześnie pokazuje, że problem samobójstw jest bardzo poważny (Beachy Head jest tylko światowym przykładem).

Skończyć ze swoim losem można na wiele sposobów często prostych, mało efektownych i bezbolesnych. Są jednak ludzie, którzy w ostatnią podróż wybierają się w miejsca magiczne, często piękne i jednocześnie okryte ponurą sławą. Miejsca te działają jak magnes przyciągający swe ofiary z całego świata. 
Jednym z nich jest Beachy Head znany na całym świecie wapienny klif. Znany, przez swoje piękno, pod którym kryje się ponury fakt.

...o czym myśli człowiek świadomie stawiając ostatni krok swojego życia w drodze na śmierć? Na swoje ostatnie przemyślenia ma jedynie...albo aż...kilka sekund... Tyle czasu trwa lot z wysokości 164m - najwyższego klifu w Wielkiej Brytanii.
To miejsce to nie tylko piękne widoki, w to miejsce wtopione są również ludzkie tragedie, których świadectwem są samotne krzyże wciśnięte w kredową skałę i myśli krążące w głowach okolicznych mieszkańców.
Średnio dwadzieścia osób rocznie rzuca się w 160-metrową otchłań. Są wśród nich ludzie z całego świata, którzy przyjeżdżają tu tylko po to, by raz na zawsze skończyć ze swoim losem... To ofiary własnej woli... karmiące sławę pięknego widoku...
Jedynym świadkiem wszystkich samobójstw od 1902 roku jest latarnia morska, stojąca w wodzie jak samotny pionek na czele ogromnej skały. Jej światła nie widzą niestety CI, dla których ratunku już nie ma...
Stojąc metr od krawędzi klifu można poczuć oddech samobójcy...lepiej być ostrożnym...zanim oddech zamieni się w krzyk...by nie stać się jedną z 2 przypadkowych ofiar każdego roku klifu BEACHY HEAD...

Średnio jeden potencjalny samobójca staje każdego dnia na krawędzi klifu
THE CHALK CLIFF

Kilka ciekawostek:
- Beachy Head uformowany został w okresie kredy, kiedy obszar znajdował się pod wodą 65 milionów lat temu. W okresie kenezoiku nastąpiły ruchy wypiętrzające, które uformowały linię brzegową. Późniejsza erozja uformowała obecny kształt klifu.
- sceneria Beachy Head od lat przyciąga samobójców. Specjalna ekipa ratowników (Chaplaincy Team) patroluje regularnie klify każdego ranka i wieczora wypatrując i oferując swą pomoc niedoszłym samobójcom.
- samobójstwa na Beachy Head notowane są od 1600 roku, średnio 20 samobójców rocznie. Specjalny telefon i procedury ratownicze sprawiły, że w 2006 roku było ich "zaledwie" siedmiu...
- około trzystu lat temu doszło tu do zabójstwa. Działający w okolicach gang przemytników należący do Stanton Collinsa postanowił pozbyć się jednego z celników. W nocy przemytnicy podkopali biegnącą nad urwiskiem ścieżkę. Idący rano do pracy celnik wpadł w pułapkę - osunął się w dół razem z lawiną kamieni. W ostatniej chwili złapał się jednak krawędzi urwiska i zawisł nad kilkudziesięciometrową przepaścią. Mimo iż celnik błagał o litość i ratunek, bandyci kopiąc go po palcach strącili w przepaść.
- Seven Sisters (w których skład wchodzi Beachy Head) jest również świadkiem morskich tragedii. od 1563 roku na tym odcinku wybrzeża rozbiło się co najmniej 25 statków. Jedną z największych była katastrofa hiszpańskiego statku Nympha Americana, który rozbił się na wybrzeżu w 1747 roku. Zginęło wtedy trzydziestu ze stu trzydziestu członków załogi. Fale przewróciły statek do góry dnem i roztrzaskały o nabrzeżne skały. Mimo to udało się uratować cenny ładunek - rtęć o wartości 30 tysięcy funtów, sumę w ówczesnych czasach olbrzymią.
- spacer plażą ze wzgędu na przypływy jest bardzo niebezpieczny. Nie ma gdzie uciekać, z jednej strony woda, z drugiej pionowa ściana. Wielu spacerowiczów pochłonęło w ten sposób morze.
- klify są geologicznym rajem dla ludzi dłubiących w skałach. Mnóstwo tu pradawnych muszli wtopionych w kredową skałę. Można czasem spotkać rozgwiazdy wyrzucone na brzeg w czasie przypływu. Są odcinki plaży, gdzie chodzi się tylko po muszlach.
- wysokość latarni morskiej - 43m
- wysokość klifu - 164m - tyle co 60-piętrowy wieżowiec. 


164 metry pionowej ściany
THE WALL

If you like the above post, click the button below and buy me a coffee



środa, 14 sierpnia 2013

Sezon ogórkowy


Dzisiaj przekonałem się jak pojemna jest moja folia (2,5/2/2m). Rośliny całkowicie zdominowały tą przestrzeń.

''Najgorzej'' jest z ogórkami, łapią się wszystkiego czego są w stanie się złapać, zdominowały całkowicie tylną ścianę. Ale jak widać na zdjęciu poniżej dają mi to, czego od nich chciałem:)

Ledwo zebrane...

...i po kilku dniach znowu są:)

Dzisiaj już wiem, że to zbyt mało miejsca by tyle ogórków mogło sobie swobodnie rosnąć. Takie zagęszczenie nie jest najlepsze dla pozostałych roślin, walka o światło trwa i żadna z nich nie zamierza się poddać, ale o tym w następnym poście.

Żeby nie było, że półka stoi pusta;)


niedziela, 4 sierpnia 2013

Basenowe szaleństwo


Nie łatwo było się odnaleźć po urlopie na Rodos, powrót do codzienności trwał około tygodnia :-). Wielka w tym zasługa między innymi naszego hotelowego basenu, w którym spędziliśmy mnóstwo czasu, między szwendaniem się po reszcie wyspy. W tym czasie natrzaskaliśmy sporo podwodnych zdjęć.

Jak na tak niewielki hotel basen był całkiem spory. Był czysty i zadbany, co kilka dni odkurzany. Każdy nasz dzień na wyspie był bardzo gorący więc basen był prawdziwą ulgą.

Tak wygląda w nocy.

A tak na zdjęciu satelitarnym.


















































Namiastka jacuzzi :-)









Czasami zdjęcie trzeba powtórzyć ;-)



Zostawiłem swój cień w basenie, żeby jeszcze kiedyś tam wrócić ;-)









Basen na WIELKI plus